poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ryszard Bogucki wywiad dla "Puls Biznesu"

Wywiad z Ryszardem Boguckim  dla "Puls Biznesu" 2013-03-15 Piotr Nisztor
źródło : "Od milionera do killera"

"
Z Ryszardem Boguckim, okrzykniętym niegdyś złotym dzieckiem polskiego biznesu, skazanym za zabójstwo Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, na 25 lat więzienia, rozmawia Piotr Nisztor
Piotr Nisztor: Dlaczego bardzo dobrze zapowiadający się przedsiębiorca trafił do więzienia za zabójstwo szefa pruszkowskiej mafii? Ryszard Bogucki: Długo mógłbym o tym mówić… Dziś mogę tylko żałować, że w 1991 r., gdy mój majątek wynosił ponad 10 mln USD — co na ówczesne czasy było kwotą wręcz astronomiczną — nie zwinąłem interesów i nie wyjechałem z Polski. Pewnie gdybym tak zrobił, dziś nie rozmawialibyśmy za murami aresztu w Katowicach, lecz popijając wino w dobrej restauracji gdzieś na południu Europy.
Cofnijmy się więc ponad 20 lat. Rok 1989. Transformacja ustrojowa rozpoczyna proces przemian gospodarczych w Polsce. Pan doskonale wykorzystuje nowe realia i bardzo szybko staje się milionerem i wschodzącą gwiazdą polskiego biznesu. W jaki sposób dwudziestokilkulatek w tak krótkim czasie osiągnął tak duży sukces?
Na przełomie lat 80. i 90. w biznesie wychodziło niemal wszystko, bo bogacące się społeczeństwo stało się żądne wszelkich dóbr. Kolejki ustawiały się po każdy towar. Sam do biznesu trafiłem trochę z przypadku, a trochę ze względu na sytuację osobistą. Gdy miałem 18 lat, moja ówczesna narzeczona zaszła w ciążę. Musiałem więc szybko zacząć zarabiać na życie. Dzięki radom matki, która już od połowy lat 80. prowadziła działalność gospodarczą, w 1988 r. założyłem pierwszą firmę. Szybko przekonałem się, że dostęp do informacji, na czym można zarabiać pieniądze, to 90 proc. sukcesu, a tylko pozostałe 10 proc. stanowi własna inicjatywa. Wtedy miałem świetne relacje w bankach i różnych instytucjach na Śląsku. Dlatego kupowałem nieruchomości, które były atrakcyjne dla banku, wiedząc, że właśnie zamierza zmienić siedzibę. Na takich informacjach zarabiałem duże pieniądze. Podobnie jak inni przedsiębiorcy, nie skupiałem się na jednej dziedzinie, ale prowadziłem interesy na wielu polach. Zajmowałem się m.in. działalnością kantorową i parabankową, czyli udzielaniem pożyczek na procent — z reguły brałem 10 proc. w skali miesiąca. Wówczas było to bardzo dochodowe przedsięwzięcie, bo popyt na szybkie pożyczki wśród przedsiębiorców był bardzo duży.
Na czym więc zarobił pan przysłowiowy pierwszy milion?
Duże zyski przynosił handel samochodami. Zaczynałem od sprzedaży w Polsce używanych, sprowadzanych z zagranicy aut, m.in. peugeotów 205 junior. Jednak pierwsze większe pieniądze zarobiłem dopiero na handlu polonezami i dużymi fiatami. Wówczas auta te były reglamentowane, ale pewna ich pula z drobnymi wadami technicznymi była rozprowadzana w przetargach organizowanych przez Mototechnikę w Chorzowie. Dzięki pracującemu tam znajomemu zacząłem je skupować. Najpierw było to kilka, potem kilkadziesiąt sztuk. Na każdym zarabiałem nawet 200 proc.
Jednak pana działalność biznesowa była kojarzona przede wszystkim z handlem luksusowymi samochodami. W jakich okolicznościach zaczął pan sprowadzać je do Polski?
Chyba każdy facet marzy o tym, aby kiedyś zasiąść za kierownicą ferrari. Ze mną było podobnie. Chciałem zrealizować swoje marzenie. Gdy więc tylko było mnie stać na taki wydatek, pojechałem do Düsseldorfu i kupiłem w firmie Auto-Becker czarne Ferrari Testarossa. Wówczas na świecie było tylko 13 takich aut. Jedno z nich miał Diego Maradona. Przy okazji wizyty w Niemczech zaprzyjaźniłem się z właścicielem firmy Auto- Becker, starszym ode mnie o jakieś 25 lat Helmutem Beckerem. Zaowocowało to nawiązaniem stałej współpracy związanej z handlem luksusowymi autami. Tak to się zaczęło.
Handel luksusowymi autami stał się jednak początkiem pana problemów z wymiarem sprawiedliwości.
W pewnym momencie zaczęły pojawiać się doniesienia, że auta, którymi handlowałem, zostały skradzione lub przywłaszczone. Tak jednak nie było. Zgodnie z porozumieniem o współpracy, jakie podpisałem z firmą Auto-Becker, w połowie zapłaciłem za nie gotówką — około miliona marek niemieckich, a drugą część miałem rozliczyć w kredycie kupieckim. Jednak zapisy tego porozumienia były skomplikowane i do dziś budzą kontrowersje prawne. W efekcie moja sprawa karno-gospodarcza trwa już blisko 20 lat. Na dziewięć zarzutów, które mi stawiano na początku lat 90., w sześciu dwukrotnie byłem uniewinniany, w tym od zarzutu przywłaszczenia aut na szkodę firmy Auto-Becker. W trzech mnie skazywano, ale składałem apelacje. Sprawa jest w toku. Argumentów przemawiających na moją korzyść jest zatem więcej niż wskazujących na moją winę. Poza tym, gdyby sprawa była prosta, a charakter mojej działalności ewidentnie przestępczy, wówczas nie ciągnęłaby się przez tyle lat. Oczywiście z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że trochę sam jestem sobie winny i w jakimś sensie sprowokowałem tę sytuację. Mój ówczesny sposób bycia na pewno nie zjednywał mi przyjaciół. Wręcz przeciwnie — budził zazdrość i nienawiść, także wymiaru sprawiedliwości. W tym czasie prokurator okręgowy czy apelacyjny jeździł dużym fiatem lub polonezem. A ja, 23-letni chłopak, nie tylko jeździłem limitowaną wersją ferrari, podbijałem salony i wydawałem dziennie wysokość ich miesięcznego wynagrodzenia, lecz jeszcze ożeniłem się z aktualną miss Polski. Dla niektórych mogło to być frustrujące.
A może to jest tak, że ten sukces po prostu pana przerósł, a woda sodowa zbyt mocno uderzyła do głowy?
Może ma pan rację. Pewnie w jakimś stopniu odbiła mi palma. Jednak moje kłopoty wynikały też z innych powodów. Początek lat 90. był okresem intensywnego funkcjonowania w biznesie służb specjalnych, szczególnie wojskowych. Ktoś, kto się z nimi ułożył, mógł spokojnie funkcjonować. Ten, kto się nie dogadał, tak jak było w moim przypadku, miał potem problemy. Najczęściej bankrutował. W dużej mierze to właśnie służby dawały w tym czasie biznesowe know-how.
Najlepszym sposobem szybkiego zysku dla stawiających pierwsze kroki biznesmenów była prywatyzacja. Czy pana nie kusiło, aby kupić od państwa dobrze prosperujące przedsiębiorstwo?
Zarabiałem wówczas duże pieniądze bez konieczności uwłaszczania się na państwowym majątku, dlatego w ogóle o tym nie myślałem. Mało tego, nie chciałem nawet w tym uczestniczyć. Zdawałem sobie sprawę, że aby prywatyzować łakome kąski, trzeba wejść w układ. Przecież sztuka zarabianiadużych pieniędzy to także sztuka dzielenia się nimi. Aby prywatyzować atrakcyjne przedsiębiorstwa w tamtych realiach, trzeba było dzielić się ze służbami.
Jednak pana nazwisko nierozerwalnie łączy się z pierwszą polską prywatyzacją — sprzedażą Centrali Techniczno- -Handlowej Elektroniki (CTHE) Unitra Serwis. Na bazie jej majątku zostały wydzielone dwie spółki Unitra Eltron I i Unitra Eltron II, które następnie trafiły w prywatne ręce. Jak wyglądały kulisy przejęcia tych spółek?
Bezpośrednio obydwa przedsiębiorstwa sprywatyzowali Grzegorz Szymanek i Piotr Baczkowski. Oni jako pierwsi zajmowali się w Polsce tworzeniem inżynierii finansowej. Trzeba przyznać, że byli w tym nieźli. W 1991 r. zarzucono im uszczuplenia podatkowe przekraczające 300 mld zł. Patrząc na ówczesny kurs dolara, to grubo ponad 30 mln USD. Za taką kwotę można było sprywatyzować pół Polski. Inna była wartość pieniądza. Tym bardziej że wówczas wszystko było umowne. Można było tak przeprowadzić prywatyzację, aby majątek trwały był wyceniony jak najniżej, czyli de facto przejąć przedsiębiorstwo za przysłowiowego złotego. Dziwnym trafem majątek w prywatnych rękach okazywał się potem wart dużo więcej. Właśnie tak powstawały pierwsze fortuny. Identyczny schemat był użyty w przypadku prywatyzacji Unitry Eltron I i Unitry Eltron II. Rozmawiając o tej transakcji z Baczkowskim i Szymankiem, wiedziałem, że chodziło tylko o przejęcie atrakcyjnych nieruchomości, a nie handel elektroniką. Kluczową rolę odegrał wtedy Wojciech Grzybowski, dyrektor Unitry Serwis. To on wycenił wartość tych nieruchomości, które miały być włożone aportem do dwóch nowo powstałych spółek, grubo poniżej ich realnej wartości. W ramach odwdzięczenia się za pomoc w przeprowadzeniu tej prywatyzacji przez lata zasiadał w radach nadzorczych i zarządach kolejnych spółek związanych z Baczkowskim. Dziś wiem, że cała sprawa miała również drugie dno. Wtedy jako młody człowiek nie miałem świadomości, co się faktycznie kryje pod hasłem pierwsza polska prywatyzacja. Nie wiedziałem wówczas, czemu ta prywatyzacja ma służyć, czy są w nią zaangażowane służby, czy też nie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że prywatyzacja była nadzorowana przez wojskowe służby.
W jaki sposób doszło jednak do tego, że zdecydował się pan kupić udziały w Unitrze Eltron I i Unitrze Eltron II?
Tuż po prywatyzacji do odkupienia części udziałów w obydwu podmiotach namówił mnie Grzegorz Szymanek. Było to w 1992 r., jeszcze przed pierwszym aresztowaniem. W sumie za około 2 mln USD kupiłem udziały w obydwu spółkach, a po niespełna trzech miesiącach miałem je odsprzedać firmie Berken International z Liechtensteinu z zyskiem 0,5 mln USD. Całą transakcję traktowałem jako zwykłą inwestycję kapitałową. Okazało się jednak, że umowę sprzedaży udziałów ze spółką z Liechtensteinu podpisałem, ale obiecanych pieniędzy nie otrzymałem. Niestety, dziś wiem, że byłem łatwą ofiarą dla tych, którzy chcieli mnie oszukać. Wówczas byłem bardzo naiwny i naprawdę uważałem, że ludzie są lepsi niż w rzeczywistości.
Czy próbował pan w jakikolwiek sposób odzyskać pieniądze?
Tak, przez lata. Najpierw od Grzegorza Szymanka, a po jego tajemniczej śmierci w 1998 r. rozmowy w tej sprawie prowadziłem z Baczkowskim. W pierwszej połowie 2000 r. doszło do naszego spotkania w warszawskim hotelu MDM, gdzie z Piotrem Baczkowskim i Andrzejem Piechockim uzgodniliśmy warunki rozliczenia się z transakcji Unitry. Obiecali mi wypłatę 2,5 mln USD kapitalizowanych co roku o 10 proc. od maja 1992 r. do 2000 r. Najprostszym rozwiązaniem było dokonanie tego rozliczenia w jednym z banków zagranicznych. Wówczas opuściłem Polskę — pojechałem najpierw do Włoch, potem do Meksyku. Będąc tam, miałem kontakt z Baczkowskim, który powiedział, że rozliczenie między bankiem europejskim a meksykańskim będzie trudne. Dlatego sugerował, abym pojawił się w Europie w celu rozliczenia transakcji. Do finalizacji tej sprawy jednak nie doszło, bo w tym czasie, w styczniu 2001 r., zostałem aresztowany.
W 1999 r. sąd w Katowicach unieważnił jednak umowę sprzedaży przez pana udziałów Berken International i w ten sposób stał się pan ponownie właścicielem Unitry Eltron I. Wiedział pan o tym?
Tak, dowiedziałem się w 2007 r. z zeznań Piotra Baczkowskiego. Wiem jednak również, że w aktach KRS znajduje się rzekomo podpisana przeze mnie umowa sprzedaży tych udziałów Wojciechowi Grzybowskiemu. Niczego takiego jednak nie podpisywałem. Mało tego — w tym czasie nie tylko nie było mnie w kraju, ale nawet przepisy, na które powołuje się ta sfałszowana umowa, wówczas jeszcze nie funkcjonowały.
Z umowy ktoś jednak wyciął pana podpisy. Dokument znajdujący się w KRS wygląda jak szwajcarski ser...
Dlatego na drodze cywilnej będę starał się doprowadzić do sprostowania informacji w KRS, czyli przywrócenia mnie jako wspólnika spółki. Drugim krokiem będzie wykazanie, że proces przekazywania nieruchomości po sprzedaży przeze mnie udziałów Berken International jest bezprawny z mocy prawa, podobnie jak sama transakcja nabycia udziałów przez spółkę z Liechtensteinu.
Jest pan w stanie oszacować, ile będzie wynosiło pana roszczenie?
Majątek Unitry stanowiło wiele nieruchomości, m.in. w Warszawie i Katowicach. Przy moim pakiecie 1/3 udziałów może to być więc kilkadziesiąt milionów złotych. Każda z kolejnych transakcji sprzedaży tych nieruchomości z mocy prawa jest nieważna. Także postawienie w stan likwidacji samej spółki również jest decyzją bezprawną. Odbyło się bowiem na podstawie uchwały zarządu, który nie miał do tego legitymacji prawnej.
Wielokrotnie powtarzał pan w zeznaniach składanych w różnych prokuraturach, że sprawa prywatyzacji Unitry łączy się ze sprawą zabójstwa gen. Marka Papały, w której jest pan oskarżony. W jaki sposób?
Z pierwszych 24 tomów akt dotyczących zabójstwa gen. Papały zgromadzonych przez prokuraturę w Warszawie wynika, że generał krótko przed śmiercią zdobył pewną newralgiczną wiedzę. Z zeznań wielu świadków wynika, że próbował nią rozegrać swoją sytuację osobistą i zawodową. W śledztwie przyjęto, że chodziło o informacje o przemycie dużej ilości narkotyków. Moim zdaniem, to błędne założenie. Dla szefa policji informacja o jakimś gangu, który wagonami czy statkami przemyca narkotyki, to żadna newralgiczna wiedza. Według mnie gen. Papała wiedział o istnieniu grupy, która odpowiada za obsadzanie kluczowych stanowisk w państwie i od lat brała udział w uwłaszczaniu się na majątku państwowym. Taka hipoteza była przyjęta w początkowym etapie śledztwa przez prokuratora Mierzewskiego. Jednak pod koniec 1998 r. Mierzewski został wezwany do pałacu prezydenckiego na spotkanie z Markiem Siwcem, szefem BBN, i prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Są komunikaty prasowe z tego spotkania. Wówczas zarzucono Mierzewskiemu, że w śledztwie dotyczącym zabójstwa gen. Papały porusza wątki, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, i powinien skupić się na wątku kryminalnym. Krótko po tym spotkaniu Mierzewski dokładnie tak zrobił. Ni stąd, ni zowąd pojawił się świadek — Artur Zirajewski z Gdańska, a śledztwo zostało ukierunkowane na moją osobę, Edwarda Mazura czy Andrzeja Zielińskiego, ps. Słowik. Wierzę w najnowsze ustalenia Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, że gen. Papała zginął przypadkowo przy próbie udaremnienia próby kradzieży samochodu, między innymi dlatego, że naoczni świadkowie będący na miejscu zabójstwa twierdzą, że sprawca oparł się o samochód. Z tego, co wiem, linie papilarne zostały zabezpieczone i zbadane. Okazało się, że należą do Igora Ł., ps. Patyk.
Czy może pan jeszcze powiedzieć, co może łączyć kwestie prywatyzacji i zabójstwa gen. Papały?
W ciągu tych wszystkich lat i znajomości akt procesowych mogę uważać za uprawnioną hipotezę, że grupa osób związana z Piotrem Baczkowskim, o której działalności mógł zdobyć wiedzę gen. Papała, poczuła się zaniepokojona jego przypadkową śmiercią. Obawiała się bowiem, że przy okazji śledztwa dotyczącego zabójstwa szefa policji prokuratura może trafić na ślady tego, czym faktycznie interesował się generał. Uważam, że ta teza wyjaśnia wszystko, co działo się przez te lata ze mną, wokół mnie i z prowadzonym przez 12 lat śledztwem w sprawie zabójstwa Marka Papały. Przecież osoby przewijające się przy prywatyzacji Unitry występują też w sprawie gen. Papały. Dziwnym zbiegiem okoliczności w bilingach Mazura, którego nigdy nie poznałem, pojawia się dwadzieścia kilka połączeń z Unitrą Serwis. Może samo z siebie to niczego nie dowodzi, ale przecież w prywatyzacji Unitry bardzo ważną rolę odegrał Jan Szczęsny, pułkownik Wojskowych Służb Informacyjnych. Później był dyrektorem w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych, a następnie ministerstwie skarbu. Z tytułu stanowiska bezpośrednio odpowiadał za wiele prywatyzacji. Jednocześnie współpracował z Szymankiem i Baczkowskim, będąc m.in. pełnomocnikiem Berken International. Potem dowiedziałem się z dokumentów, że Szczęsny wraz z gen. Romanem Kurnikiem, bardzo ważnym ogniwem w sprawie zabójstwa gen. Papały, był też na placówce dyplomatycznej w Japonii. To tylko przykład wielu związków przyczynowo-skutkowych, a także dowodowych pomiędzy tematami prywatyzacji a wrabianiem mnie w sprawę zabójstwa gen. Papały.
Prokuratura Apelacyjna w Katowicach chciała postawić Szczęsnemu zarzuty korupcyjne przy okazji śledztwa dotyczącego prywatyzacji Stoenu i PLL LOT, ale zmarł w 2003 r. Pan był przesłuchiwany w tej sprawie.
Tak. Muszę powiedzieć, że wreszcie ktoś zrozumiał, z czego wynika moja obecna sytuacja procesowa. Agenci CBA, którzy do mnie przyszli, powiedzieli: „Panie Bogucki, wiemy, co wynika z tych pana oświadczeń oraz składanych przez lata zeznań. Łączy się to bowiem z prowadzonym przez nas postępowaniem. Dlatego chcemy pana przesłuchać”. Taka sytuacja pojawiła się dopiero po 12 latach. Dlaczego tak długo na to czekałem? Myślę, że wynikało to z tego, że organy ścigania ze względu na konstrukcję prawa w Polsce rozpatrują każdą sprawę jednostkowo z tendencją do zawężania kierunkowego śledztw. Patrzą na słonia o ogromnych gabarytach z bardzo bliska, i to jeszcze przez szkło powiększające. Tak nie da się niczego wyjaśnić, tym bardziej prywatyzacji. Trzeba więc wyrzucić szkło i zrobić kilka kroków wstecz, aby zobaczyć całość. Od początku lat 90. mechanizm prywatyzowania przedsiębiorstw jest ten sam. W tle znajduje się zawsze ta sama grupa, zmieniają się tylko podmioty dokonujące transakcji. Uważam, że gen. Czempiński został poświęcony dla śledztwa. Tymczasem osoby, które powinny znaleźć się w kręgu zainteresowania organów ścigania, pozostają w cieniu. Tak samo było zresztą w sprawie gen. Papały.
Co zeznał pan w katowickiej prokuraturze?
Istotnym wątkiem było spotkanie, w jakim uczestniczyłem w 1996 lub 1997 r., zorganizowane z inicjatywy Piotra Baczkowskiego.
Kto uczestniczył w tym spotkaniu?
Na pewno Piotr Baczkowski, Marek Siwiec i Andrzej Piechocki. Przypuszczam, że był też Norbert Seeger i Jan Szczęsny. W sumie w spotkaniu uczestniczyło około 15 osób. To nie tak, że wszyscy siedzieli w jednym gronie. Nie wszyscy uczestnicy brali też w nim aktywny udział. Spotkanie odbyło się w jednej z podwarszawskich miejscowości.
Jakie tematy poruszano podczas tego spotkania?
Inżynierii finansowej, prywatyzacji, wpływu pewnej grupy osób w organach ścigania, lokowania pieniędzy w bankach zagranicznych. Nie chciałbym o tym wiele opowiadać, bo stanowiło to przedmiot moich zeznań.
Jaką rolę odgrywał na tym spotkaniu Andrzej Piechocki?
Przypominam sobie, jak przekonywał mnie, że potrafi wygenerować milion dolarów bez pieniędzy, na kartce papieru. Mówił, że ten milion będzie funkcjonował w obiegu prawnym i może posłużyć do wielu rzeczy jako instrument inżynierii finansowej.
Czy chodziło tu o interesy prowadzone na giełdzie?
Zeznałem na ten temat w prokuraturze. Nie mogę więc mówić o szczegółach.
Panu osobiście interes z Unitrą nie wyszedł na zdrowie. W jaki sposób nierozliczenie się z panem przez Baczkowskiego i Szymanka z tej transakcji wpłynęło na prowadzone interesy?
Przed transakcją miałem w gotówce nie więcej niż 2,5 mln USD. Brak ponad dwóch trzecich tej kwoty zachwiał moimi możliwościami finansowymi. W tym czasie byłem zaangażowany w otwarcie salonu samochodów luksusowych, hotel pod Brunatnym Jeleniem w Cieszynie, remont hotelu Stars Katowice i realizację kilku innych spraw wymagających pilnie gotówki. Musiałem więc ratować płynność mojej firmy, biorąc kredyty w bankach na drakońskich warunkach z oprocentowaniem dochodzącym do 160 proc. w skali roku. Nie miałem jednak alternatywy, a poza tym liczyłem, że zdyskontuję zadłużenie dzięki pieniądzom otrzymanym za udziały w Unitrze. Tak się jednak nie stało, a moją działalnością zainteresował się wymiar sprawiedliwości. Zaczęto mnie podejrzewać o wyłudzenia kredytów, do tego doszły oskarżenia o oszustwa przy handlu luksusowymi samochodami. W efekcie na początku 1993 r. na polecenie prokuratury w Jastrzębiu-Zdroju po raz pierwszy zostałem aresztowany. Najpierw na 14 dni. Po wpłaceniu kaucji wyszedłem jednak na wolność. Nie na długo. Pod koniec 1993 r. ponownie zostałem aresztowany do tej samej sprawy. Tym razem na prawie pięć miesięcy.
Czy po wyjściu na wolność wrócił pan do swojej działalności biznesowej sprzed aresztowań?
To było niemożliwe. Pojawienie się w mediach informacji o moich kłopotach i rzekomych oszustwach było równoznaczne ze śmiercią gospodarczą. Banki hurtowo zaczęły wypowiadać mi umowy kredytowe, stawiając mnie w bardzo trudnej sytuacji. Przykładowo Dolnośląski Bank Gospodarczy, gdzie miałem zaciągniętych kredytów na około 10 mld starych złotych, w ciągu pół roku naliczył sobie koszty i odsetki karne, sumując moje zobowiązanie na 26 mld zł. Taka sytuacja zmusiła mnie więc do przeniesienia działalności biznesowej do szarej strefy. Tym bardziej że już wówczas został wydany za mną list gończy i byłem poszukiwany przez wymiar sprawiedliwości.
Na czym zaczął pan więc zarabiać pieniądze?
Zajmowałem się pośrednictwem biznesowym, doradztwem i ułatwianiem funkcjonowania przedsiębiorstw. Profity z tej działalności pozwalały mi w tym czasie żyć na dobrym poziomie. Moja działalność nie miała nic wspólnego z przestępczością zorganizowaną. Także moje znajomości ze sportowcami — zapaśnikami czy przedstawicielami innych sportów walki — otworzyły mi pewien rodzaj działalności, w którą wszedłem. Wykorzystywałem ich nie tylko do ochrony osobistej, ale też zaangażowałem w moją działalność windykacyjną. Specjalizowałem się bowiem w odzyskiwaniu długów o dużej wartości. To były kwoty idące w miliony dolarów. Stąd być może mylne skojarzenie mnie z przestępczością zorganizowaną. Myślę, że ta pomyłka wynikła m.in. przez zeznania Jarosława Sokołowskiego, ps. Masa, który widząc mnie w towarzystwie mężczyzn o charakterystycznym wyglądzie, zaczął opowiadać jakieś brednie o prowadzonych przeze mnie wymuszeniach czy działalności przestępczej.
Oprócz tego pana nazwisko w mediach było wymieniane w jednym szeregu z członkami kierownictwa mafii pruszkowskiej. Jak wyglądały pana relacje z tymi osobami?
W przeciwieństwie do tego, co się mówi i pisze, z tymi osobami zetknąłem się dopiero w drugiej połowie lat 90. Jako pierwszego w 1997 r. poznałem Nikodema Skotarczaka. W tym czasie byłem poszukiwany listem gończym, a musiałem wyjechać za granicę w pilnych sprawach. Potrzebowałem paszportu. Piotr Baczkowski zaoferował mi załatwienie legalnego dokumentu z moim zdjęciem i fałszywymi personaliami. To wszystko miał zorganizować Skotarczak i to zrobił. Potem zacząłem poznawać członków kierownictwa „Pruszkowa”. Poznałem ich jako biznesmenów, a nie przestępców. To byli sympatyczni faceci, których nie dało się nie lubić. Wprawdzie nasze wspólne interesy prowadziliśmy w szarej strefie, ale mieściły się w granicach przyzwoitości.
Jakie to były interesy?
Głównie współpracowaliśmy przy okazji automatów do gier hazardowych — jednorękich bandytów. Mafia pruszkowska dyponowała marką, dającą anturaż pozwalający na nicnierobienie i zarabianie pieniędzy. W ten sposób miałem ułatwione możliwości wstawiania automatów do nowych lokali w różnych regionach Polski. Firmy płaciły za to średnio 50 tys. USD miesięcznie. Nie był to więc tak dochodowy biznes, jak sądzili niektórzy, licząc nasze zyski w milionach dolarów.
Miał pan kiedyś w ręce broń?
Broń pewnie w ręce miałem. Czy strzelałem z karabinu lub pistoletu? Cóż, pewnie się zdarzyło. Czy jednak ma to związek z przestępczością zorganizowaną? Niewielki.
Znał pan Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing?
Nigdy go nie poznałem.
Jednak wraz z Ryszardem Niemczykiem został pan skazany na 25 lat więzienia właśnie za jego zabójstwo. Od samego początku przekonywał pan jednak, że jest niewinny. Co o tym świadczy?
Głównym i jedynym dowodem przeciwko mnie były zeznania świadka koronnego Adama Korczaka, który dziwnym zbiegiem okoliczności tydzień po zatrzymaniu Ryszarda Niemczyka zapił się na śmierć. Tymczasem są zeznania naocznych świadkow, którzy w żadnym stopniu nie wskazują na mnie jako na sprawcę tego zabójstwa. Jedna z kobiet stwierdziła nawet, że tuż po morderstwie Kolikowskiego ukrywała u siebie trzech sprawców tej zbrodni. Wskazała też ich wizerunki. Byli to: Niemczyk, Korczak i Mariusz J. Wątek tego ostatniego nigdy nie został podjęty przez prokuraturę, bo ta zafiksowała się na mnie. W czasie gdy toczyła się moja sprawa, nie było możliwości zweryfikowania zeznań Korczaka, bo Niemczyk ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości.
Dlatego, aby uwiarygodnić jego słowa, prokuratura jako dowód uznała zeznania innego świadka koronnego — Piotra W. Zeznał on, że słyszał przez okna aresztu śledczego w Katowicach, że rzekomo przyznałem się do zabójstwa nie tylko Kolikowskiego i gen. Papały, ale jeszcze 15 innych morderstw. Nic bardziej absurdalnego. Po kilku latach od wydania wyroku w Nowym Sączu Prokuratura Apelacyjna w Warszawie, kierując akt oskarżenia w sprawie zabójstwa Marka Papały, oceniła te same zeznania świadka koronnego Piotra W. za konfabulację opartą na informacjach uzyskanych przez niego ze środków masowego przekazu. Proszę więc samemu ocenić, na ile wiarygodne są te dowody, które przekonały sąd w Nowym Sączu do mojego skazania.
Po aresztowaniu w 2005 r. Ryszard Niemczyk obciążył jednak pana, twierdząc, że brał pan udział w zabójstwie Pershinga. Na ile te zeznania należy uznać za wiarygodne?
Niemczyk tylko wpisał się w swojej strategii procesowej w to, co ustalił sąd w Nowym Sączu. Moim zdaniem, coś mu obiecano za złożenie obciążających mnie zeznań. Przypomnę tylko, że w tym samym czasie został zatrzymany na granicy amerykańsko-meksykańskiej niejaki Piotr Szczepaniak. To była osoba, która przez długi okres ukrywała zabójców Kolikowskiego i wraz z Niemczykiem zasiadła na ławie oskarżonych. Znał on więc kulisy całej sprawy. Podczas procesu zeznał, że nie było mnie wśród uczestników tego morderstwa.
Jak dobrze znał pan Niemczyka?
Poznałem go przez biznesmena z Bielska- -Białej Marka Studenckiego. Nigdy nie był moim kolegą czy bliskim znajomym. Nasza rzekoma relacja towarzyska, historia dwóch Ryśków, została wykreowana przez media na potrzeby potwierdzenia fałszywych oskarżeń kierowanych pod moim adresem. Poza tym Niemczyk był poszukiwany do sprawy napadu na konwój bankowy. Z kim dokonał tego przestępstwa? Próbowano za wszelką cenę wykazać, że ze mną, bo doskonale pasowałoby to do całej koncepcji. Tymczasem wspólnikami Niemczyka byli Tadeusz Krzemyk i Zbigniew Gałuszka, czyli grupa osób, która od lat pomawia mnie w różnych sprawach. Z dokumentów jednoznacznie wynika, że są to osoby powiązane z Piotrem Baczkowskim. Kluczem do zrozumienia mojego położenia jest nagranie mojej konfrontacji z Baczkowskim z 2006 r. do śledztwa dotyczącego wyłudzenia kamienic pożydowskich w Krakowie. Cały zapis to godzina swobodnej rozmowy między mną a Baczkowskim. Rozmawiamy m.in. o mechanizmach wrabania mnie w sprawę zabójstwa Pershinga i gen. Papały. W pewnym momencie mówię do niego: „Piotr, ujawnij kulisy wrabiania mnie w te zabójstwa”. On odpowiada wówczas wprost: „Ryszard, gdybym to zrobił, to najprawdopodobniej bym nie żył, nie żyłbyś ty, a wcześniej musiałbym obciążyć w sprawę z tysiąc osób”. Tych fragmentów nie ma w znajdującym się w aktach protokole sporządzonym z tej konfrontacji. Jest natomiast w załączniku do tego protokołu w postaci kasety VHS.
Piotr Baczkowski w swoich zeznaniach wskazywał też na pana jako na sprawcę wielu przestępstw. Na ile te zeznania są wiarygodne?
Aby zrozumieć, jak manipuluje zeznaniami Baczkowski, należy spojrzeć na jego zeznania w sprawie wyłudzenia kamienic w Krakowie. Tam wszelkie odium jest kierowane na mnie. Jego zeznania są bardzo precyzyjne. Twierdzi, że rzekomo przystawiłem mu pistolet do głowy i ze względu na to, że się mnie obawiał, wziął udział w tym przestępczym procederze. Co ciekawe — kilka lat później zupełnie zmienił zdanie. Przesłuchiwany do sprawy zabójstwa gen. Papały zeznał, że nie miałem nic wspólnego z wyłudzeniem kamienic, co więcej — będąc przesłuchiwany w sprawie, zeznał, że Zbigniew Gałuszka, tj. osoba twierdząca, że była rzekomo przeze mnie nakłaniana do zabójstwa Marka Papały, konsultował się z nim telefonicznie z więzienia, uzgadniając, jakiej treści zeznania ma składać przed Sądem Okręgowym w Warszawie. To tylko wskazuje, że Baczkowski składając zeznania, nie przedstawia stanu faktycznego. On zeznaje koniunkturalnie procesowo z punktu widzenia jego interesów i osób z nim związanych. Dlatego dziwi mnie pobłażliwość wobec niego organów ścigania. W Katowicach miał sprawę o posiadanie broni maszynowej, ale wszystko jakoś się rozmyło. W przypadku wyłudzenia kamienic poddał się natomiast samoukaraniu, na co przystał sąd. Nikt nie zajął się też weryfikacją zeznań świadka koronnego Grzegorza D., który stwierdził, że Baczkowski planował moje porwanie.
Co to może znaczyć?
Myślę, że Baczkowski jest chroniony przez bardzo silny układ związany ze służbami, którego geneza sięga jeszcze połowy lat 80. Z akt więziennych Baczkowskiego wynika, że w 1984 lub 1985 r. trafił po raz pierwszy do aresztu za handel zegarkami. Właśnie wtedy miał tam poznać kogoś, kto odmienił jego życie. W naszych rozmowach z Szymankiem i Baczkowskim często pojawiał się temat ich wyjazdów do Pragi czy Wiednia. Podkreślali, że mają tam bardzo ważne spotkania. Przez pryzmat znajomości akt Papały, znajomości akt śmierci Szymanka i różnych innych akt z całą pewnością mogę powiedzieć, że utożsamiam Baczkowskiego z tzw. układem wiedeńskim.
Na początku 2011 r. Baczkowski wraz z żoną w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęli. Do dziś są poszukiwani przez policję w Grodzisku Mazowieckim. Co mogło się z nimi stać?
Musieli zniknąć, bo na światło dzienne zaczęły wychodzić manipulacje i kłamstwa przez lata rozsiewane przez Baczkowskiego oraz związane z nim osoby. Przykładem są chociażby rzucane pod moim adresem nieprawdziwe oskarżenia, które powoli są coraz bardziej wątpliwe. W obecnej sytuacji prokuratury miałyby więc do niego bardzo wiele trudnych i niewygodnych pytań, na które z pewnością nie chciałby odpowiedzieć. Łatwiej jest więc zniknąć, tym bardziej jeśli można liczyć na pomoc starych przyjaciół z wojskowych służb.
Wracając jednak do sprawy zabójstwa Pershinga, to pana szanse na oczyszczenie się w tej sprawe są bardzo małe. Zapadł przecież prawomocny wyrok.
W świetle ustaleń Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi uważam, że jest to możliwe. Jeśli zostanę uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Warszawie z zarzutów zabójstwa gen. Papały, z urzędu prokurator generalny powinien złożyć wniosek o wznowienie sprawy morderstwa Pershinga. To są bowiem ci sami świadkowie, te same protokoły, te same mechanizmy tworzenia fałszywych dowodów co w przypadku sprawy zabójstwagen. Papały. Zresztą warszawski sąd w przypadku wydania wyroku uniewinniającego powinien w uzasadnieniu ocenić przedstawione przeciwko mnie rzekome dowody i napisać, w jaki sposób powstały. Dzięki temu będzie można stwierdzić, jakie to były mechanizmy, czego dotyczyły i kto je inspirował.
Dlaczego jednak akurat pan został wrobiony w najgłośniejsze morderstwa w Polsce?
Myślę, że doskonale pasowałem do tej układanki. Miałem już problemy z wymiarem sprawiedliwości, znałem różne osoby, z którymi można było mnie połączyć, a poza tym nie mogłem się bronić. Gdy w 2000 r. zaczęła się nagonka na przestępczość zorganizowaną, byłem w Meksyku na wakacjach. Wówczas w mediach pojawiły się informacje, że jestem rzekomo odpowiedzialny za zabójstwo Pershinga i prawdopodobnie zamieszany w zabójstwo gen. Papały. Byłem w szoku. Postanowiłem więc nie wracać do Europy. W tym czasie mój negatywny wizerunek przedstawiany przez media tylko potwierdzał te nieprawdziwe informacje. W ten sposób udało się jednak pozbawić mnie wiarygodności i wykreować jako bezwzględnego mordercę działającego na zlecenie. Oczywiście nigdy nie twierdziłem, że byłem grzecznym facetem, któremu nie zdarzyło się wejść w konflikt z prawem. Jednak jeśli już dochodziło do takiej sytuacji, to na zupełnie innej płaszczyźnie, niż jest mi przypisywane. Nigdy nie zabiłem człowieka, a tym bardziej nie byłem kilerem mafii. Po co miałbym być płatnym mordercą?! Dla kasy?! Proszę na to spojrzeć rozsądnie. Przecież na bazie posiadanych znajomości bez problemu zarabiałem dobre pieniądze, nawet wówczas, gdy musiałem ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości.
Jest pan już 12 lat pozbawiony wolności. Jak przeżył pan ten czas?
Bycie samemu przez kilka miesięcy, nawet do roku, jeszcze można przeżyć. Później zaczynają się jednak problemy z artykulacją myśli, trudności z mówieniem. Tymczasem ja od ośmiu lat przebywam przez całą dobę sam, zarówno w celi, jak i na spacerze. Nie mam żadnych kontaktów ze współwięźniami. Codziennie budzę się i zasypiam w absolutnej samotności, ze świadomością, że nie bardzo wiem, dlaczego tu jestem. Mój jedyny kontakt ze światem zewnętrznym to widzenia, których — zdarzało się — nie miałem przez wiele miesięcy. Jednak dla mnie taka samoizolacja jest jedyną formą obrony, aby potem któryś ze współwięźniów nie mógł wpisać się w tezy prokuratury i zeznawać, co rzekomo miałem mu powiedzieć. Nie jest to łatwe, ale widać, że zaczyna przynosić pierwsze efekty. Najgorszą tragedią jest jednak to, co przeżywa moja rodzina. Tego nie da się opisać.
Za trzy lata może pan starać się o przedterminowe zwolnienie. Jeśli się uda, to co zamierza pan robić?
To bardzo trudne pytanie. Nie myślę o tym. Przede mną jeszcze ogrom walki o prawdę i samego siebie.

Ryszard Bogucki
Biznesem zaczął się zajmować już w wieku 18 lat. Najpierw prowadził dwa sklepy w Chorzowie. Wkrótce został właścicielem kantorów, hoteli, inwestował w nieruchomości, zarabiał krocie na handlu używanymi autami. W 1992 r. otworzył w Katowicach Salon Aut Luksusowych „High Life”, a jego firma została głównym sponsorem wyborów Miss Polonia 1992. Okrzyknięty „złotym dzieckiem” polskiego biznesu odebrał m.in. nagrodę Srebrny As Polskiego Biznesu. Na tym wizerunku szybko pojawiły się rysy. W 1993 r. trafił do aresztu pod zarzutem przywłaszczenia luksusowych limuzyn wartych ponad 2 mln DEM. Prokuratura zarzuciła mu też wyłudzenie bankowych kredytów. Początkowo stawiał się na rozprawach, jednak w 1997 r. zniknął. To właśnie wówczas, ścigany listem gończym, miał zacząć rozwijać znajomości z gangsterami, m.in. z pruszkowskiej mafii. Media zaczęły go przedstawiać jako groźnego przestępcę i płatnego mordercę. W 2001 r. został zatrzymany w Meksyku. Sześć lat później sąd skazał go na 25 lat więzienia za zabójstwo w grudniu 1999 r. Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, szefa pruszkowskiej mafii. Prokuratura oskarżyła go również o zabójstwo gen. Marka Papały, byłego szefa policji. Proces w tej sprawie trwa przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
Gen. Marek Papała
W latach 1997-98 komendant główny policji. 25 czerwca 1998 r. został zastrzelony pod swoim domem w Warszawie. Stołeczna prokuratura uznała, że zginął, bo posiadał newralgiczną wiedzę dotyczącą prawdopodobnie spraw związanych z handlem narkotykami. Zarzuty w tej sprawie usłyszeli: polonijny biznesmen Edward Mazur (miał być zleceniodawcą morderstwa, amerykański sąd nie zezwolił jednak na jego ekstradycję do Polski) oraz Ryszard Bogucki i Andrzej Zieliński, ps. Słowik. Po wielu latach śledztwo przejęła Prokuratura Apelacyjna w Łodzi, która podważyła ustalenia śledczych ze stolicy, twierdząc, że generał zginął przez przypadek, a zabójcą miał być Igor Ławrynowicz, ps. Patyk.
Pierwsza prywatyzacja III RP
Sprzedaż majątku Centrali Techniczno-Handlowej Elektroniki (CTHE) Unitra Serwis została okrzyknięta pierwszą prywatyzacją III RP. Na przełomie lat 1990 i 1991 Unitra Serwis zaczęła tworzyć z osobami i podmiotami prywatnymi spółki, do których wnosiła aportem atrakcyjne nieruchomości na terenie całej Polski. W ten sposób powstały m.in. Unitra Eltron I i Unitra Eltron II. W październiku 1991 r. ze względu na fatalną sytuację finansową minister przemysłu zdecydował o likwidacji Unitry Serwis. Oznaczało to faktycznie utratę kontroli nad majątkiem centrali w spółkach i przejęcie go za ułamek wartości przez osoby prywatne, które były już ich współwłaścicielami.
Osoby wymieniane przez Ryszarda Boguckiego
Grzegorz Szymanek, ps. Gruby — biznesmen z Bielska-Białej, podejrzewany o liczne nadużycia finansowe, uprowadzony i zamordowany w 1998 r. na terenie Słowacji
Piotr Baczkowski, ps. Łapa — gangster z Małopolski, skazany za wielomilionowe wyłudzenia z BGŻ oraz kierowanie gangiem wyłudzającym pożydowskie kamienice w Krakowie
Wojciech Grzybowski — ostatni dyrektor Unitry Serwis
Artur Zirajewski, ps. Iwan — płatny morderca, jeden ze świadków w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały, zmarł w styczniu 2010 r. w areszcie śledczym w Gdańsku
Edward Mazur — polonijny biznesmen, podejrzewany o zlecenie zabójstwa gen. Papały
Andrzej Zieliński, ps. Słowik — jeden z szefów pruszkowskiej mafii, oskarżony wraz z Boguckim o zabójstwo generała
Igor Ł., ps. Patyk — złodziej samochodów, według Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi to on, a nie Bogucki i Słowik, miał zamordować gen. Marka Papałę
Jan Szczęsny — oficer II Zarządu Sztabu Generalnego, potem WSI, dyrektor odpowiedzialny za prywatyzację w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych, potem w ministerstwie skarbu
Jarosław Sokołowski, ps. Masa — skruszony gangster, pierwszy i najbardziej znany świadek koronny
Nikodem Skotarczak, ps. Nikoś — jeden z najbardziej znanych polskich gangsterów, zamordowany w kwietniu 1998 r. w jednej z gdyńskich agencji towarzyskich
Andrzej Kolikowski, ps. Pershing — szef pruszkowskiej mafii
Ryszard Niemczyk, ps. Rzeźnik — zawodowy, płatny morderca
Adam Korczak, ps. Dziadek — świadek koronny, zmarł w połowie 2005 r. Zeznał, że zamach na Pershinga przygotowali Niemczyk z Boguckim. Zaznaczył jednak, że Niemczyk strzelał w powietrze, a Pershinga zabił Bogucki.
Piotr W., ps. Generał vel Gruby — handlarz bronią i narkotykami, świadek koronny
Piotr Szczepaniak — skazany za ukrywanie zabójców Pershinga na 1 rok i 8 miesięcy
Tadeusz Krzemyk — „żołnierz” Ryszarda Przemyka skazany na 12 lat za porwanie i napad na bank
dr Norbert Seeger — prawnik, właściciel kancelarii w Vaduz w Liechtensteinie
* * *
Marek Siwiec, były szef BBN, obecnie europoseł: Nie znam pana Ryszarda Boguckiego. W związku z tym pozostałe pytania dotyczące spotkań, ocen, innych nazwisk uważam za bezzasadne.
Andrzej Piechocki, współwłaściciel i prezes notowanej na giełdzie telekomunikacyjnej grupy MNI: Poznałem pana Boguckiego chyba na początku lat 90. i widziałem się z nim w życiu może raz. Trudno to nazwać jakąś szczególną znajomością. Nie miałem okazji ani okoliczności prowadzić jakichkolwiek rozmów biznesowych. Trudno komentować wierutne bzdury opowiadane przez pana Boguckiego co do miejsc, osób czy spraw, o których mowa w jego wypowiedziach.
Piotr Nisztor"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz